Nabożeństwa Niedzielne godz. 11:00

Świadectwo Przemka

Przemek Podstawka, lat 25, żywy od 9 miesięcy.

Urodziłem się w Lublinie i tam spędziłem swoje dzieciństwo które było dla mnie cudownym czasem chociaż nie zawsze było kolorowo. Mój tato jest alkoholikiem od ponad 30 lat, wiec od małego doświadczyłem niemiłych sytuacji związanych z tym uzależnieniem. Jednakże rodzice kochali mnie i mojego brata i starali się nam przekazać różne wartości, stworzyć w miarę normalny dom.
Życie związane z tradycją Kościoła Katolicką pozwoliło mi zapoznać się z postacią Jezusa z Nazaretu. Babcia która była osobą bardzo bogobojną i miłosierną, swoją postawą ciągle zachęcała nas do wiary. Sama będąc wierzącą katoliczką, szczerze kochała Boga i chociaż nigdy z Nią nie rozmawiałem na ten temat, widziałem i czułem, że gdzieś w środku codziennie oddawała Mu każdy dzień. To Ona nauczyła mnie postawy sługi pełnego miłości do każdego człowieka… ogromnie dziękuję Bogu za to, że miałem tak kochaną i cudowną osobę w swoim życiu, jak Babcia.

Mój młodszy o rok brat, Paweł, urodził się z dziecięcym porażeniem mózgowym. W dużym stopniu choroba ta wpłynęła na dalsze losy całej rodziny. Rodzice musieli od zawsze poświęcać niemal całą swą uwagę i czas na rehabilitacje, opiekowanie się nim. Od najmłodszych lat szukali rożnych sposobów żeby poprawić jego stan fizyczny. Z tego względu gdy miałem 12 lat, a mój brat 11, rodzice stwierdzili że chcą przenieść się do Belgii gdzie mieszkała wtedy duża część naszej rodziny ze strony mamy. Miał tam możliwość lepszej rehabilitacji i opieki medycznej jakiej w Polsce nie było w owym czasie.
Pod koniec mojego ostatniego roku w szkole podstawowej , rodzice postanowili że wyjeżdżamy.

Za granicą czekało nas bardzo dużo pracy aby zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Rodzice pozostawili mnie ‘samemu sobie’. Oczywiście opiekowali się mną, ale również ciągle podkreślić mi że do końca życia będą musieli zajmować się Pawłem w inny sposób. Pomimo młodego wieku pozostawili mi wręcz wolną rękę abym samodzielnie decydował o swoich krokach na różnych płaszczyznach.

Zasmakowanie wolności i świadomość ‘wolnej ręki’ sprowadza mnie na złą drogę . Upadam w grzechu raz po raz… co raz głębiej.
Narkotyki, pijaństwo, rozpusta i motto by korzystać z „pełni życia” póki jest się młodym, oddalało mnie od Boga każdego dnia.

Życie w ten sposób sprowadza bardzo wiele złych sytuacji. Szereg wzlotów i upadków, przykre i bardzo niesmaczne chwile w moim życiu sprowadzały mnie do różnych przemyśleń. Również na temat Boga który przez wychowanie i dzięki rodzinie nie był mi do końca obcy.
W krytycznych momentach chęci zmiany swojego postepowania zaczęły zbliżać mnie do pojęcia wiary. Chęci poznania Pana wzrastały wraz z oddalaniem się od złego, malały przy nawrotach ‘choroby’.

Przez to iż zawsze byłem sceptykiem co do podstaw wiary takich jak kościół (wspólnota), Biblia, prawdziwa relacja z Bogiem (którą rozumiałem błędnie) miałem problemy ze zrozumieniem tego czym jest wiara, czym jest chrześcijaństwo.
Jednakże Bóg dotykał mojego serca. Zacząłem sam zaglądać do Pisma, studiować genezę Nowego Testamentu. Chciałem sprawdzić czy jest jakaś szansa żeby historia Jezusa była prawdą, bo była dla mnie zawsze czymś w rodzaju mitologii. Niektóre osoby w moim życiu które również były dotykane przez Boga mocno wspierały mnie i zachęcały do poznawania Go.
Tak więc powstał mój własny, indywidualny projekt „BÓG”. Stworzyłem swego rodzaju własne studia na temat Boga. Wszystko to sprowadziło mnie do potwierdzenia autentyczności Pisma co było dla mnie nie lada odkryciem. Historia zapisana w tej księdze, która ma ponad 2000 lat, okazałą się być najdokładniej przekazaną historią w dziejach.
A treść tej księgi była jeszcze bardziej oszałamiająca. To rozpaliło we mnie uczucie do Boga.
Jednakże…
Jak to na studiach bywa, na tygodniu człowiek się uczy lecz czym bliżej weekendu tym więcej innych rzeczy w głowie.
Impreza życiowa trwała. Grzech rozpychał się w moim życiu jak tylko mógł.
Przeplatanie w swoim życiu aspektów wiary i korzystania z niszczących „darów” tego świata, powoli rozbijało mnie na dwie części. Grzech nie budował się już w moim życiu, on był już ugruntowany i stały. Jak pasożyt walczył z tym co Bóg robił w moim życiu. Uzależniłem się od Marihuany, od życia w trybie ‘impreza’, jakiekolwiek poważne myślenie o przyszłości schodziło na bok…zasłaniałem się czym mogłem żeby trwać w tym amoku. Przez własną głupotę i niedbanie o swoje zdrowie wylądowałem nawet w szpitalu, gdzie stwierdzono stałe uszkodzenia mózgu.

W tym czasie, lub nawet troszkę wcześniej pojawiła się w moim życiu pewna iskra zmiany, dziewczyna w której się zakochałem. Mieszkała w Polsce co też odbiło się na mojej decyzji co do studiów. Stwierdziłem ze wystarczająco się nasiedziałem za granicą ( spędziłem tam 9 lat). Chciałem być obok niej, chciałem bardzo poznać kraj z którego uroków mogłem korzystać tylko raz na jakiś czas w czasie wakacji. Powrót do Polski był dla mnie zachętą aby w końcu zmienić postepowanie. Taki start od nowa.

Ale nie zauważyłem czegoś (lub nie byłem wtedy tego tak świadom jak teraz) – Szatan też postanowił się ze mną przeprowadzić.

Wyhamowałem w pewnych sprawach, ale nadal trwałem w grzechu. Bałagan życiowy, dalszy ciąg balowania, pijaństwa i narkotyzowania się, lenistwo odbijają się mocnym echem. Olałem studia, pogarszały się wciąż relacje z dziewczyna która jednak cierpliwie i pełna miłości trwała przy mnie , pogarszało się moje samopoczucie …wszystko jednak chowałem w sobie. Na zewnątrz mogłem być pogodny i uśmiechnięty – w środku zaś walka dobra ze złem doprowadzała do krytycznych stanów.

Cały ten czas (ostatnie lata w Belgii, przyjazd do Polski, pierwsze lata tutaj) rosły we mnie chęci do poznawania Boga i uczucia jakie temu towarzyszyło. Bóg ciągle dotykał mnie, a grzech nie odpuszczał i panoszył się. Kompletnie gubiłem się w walce z nim. Nie miałem już sił…

Przełom – odepchniecie miłości
Po wielu perypetiach, po dobrych, złych i bardzo złych chwilach, po 6 latach bycia razem rozstajemy się z moją dziewczyną. Jestem w pełni tego świadom, że to ja poprowadziłem nas do takiego końca. Ja pod ramie z grzechem.

Jest początek bieżącego roku. Rozpad związku, który nadchodził wielkimi krokami, spowodował ze wszystko we mnie wybucha. Nie mogę znaleźć racjonalnego powodu dlaczego moje życie potoczyło się tak beznadziejnie chociaż nie wyglądało najgorzej. Emocjonalnie, duchowo, po prostu gdzieś wewnątrz czuje się sto lat starszy. Mam dość.

Nadchodzi czas kiedy po raz pierwszy w życiu, szczerze modlę się do Boga …
Pełen żalu i rozpaczy wołam do Niego o pomoc. Pierwszy raz z otwartym sercem.
Postanawiam zostawić za sobą wszystko co już przeczytałem o Bogu, o jego ludziach, o doktrynach. Postanawiam odrzucić wszystko co ja sam sobie wymyśliłem, to w jaki sposób ja pojąłem Boga.

Podsuwam mu białą kartkę i proszę aby zapisał na niej swoje imię. Modle się często aby wyciągnął mnie z bagna w jakie się wpędziłem. Modle się aby poprowadził mnie miedzy ludzi, do kościoła, do wspólnoty w której On będzie widoczny i w której łatwiej mi będzie podnieść się z grzechu który niszczy mnie od tak wielu lat.

Pewnego dnia spotykam Kanadyjczyka pod budynkiem C7 na kampusie Politechniki. Pyta czy może zadać mi jedno pytanie …czekam właśnie na wykład z Makroekonomii.
Jakże wielkie jest moje zdziwienie gdy siwiejący facet który wygląda jak zagubiony turysta pyta mnie „Kim jest dla Ciebie Jezus?” … wiem że moja odpowiedź wtedy była szczera – gdybym odpowiedział cos innego kłóciło by się to z tym co miałem w sercu – odpowiedziałem mu że jest on Mesjaszem (świadom że chyba nie do końca rozumiem co za tym idzie).
Rozmawiamy krótko lecz zachęcony tym spotkaniem umawiam się z nim aby kontynuować konwersacje.
W domu modle się do Boga o mądrość, nie śmiem twierdzić ze to przypadek…bo od wielu tygodni trwałem w modlitwie do Pana aby postawił przede mną znak w którą stronę iść (sam nigdy nie znalazłem sił aby ‘poszukać’ jakiegoś kościoła, bałem się że źle wybiorę i rozczaruję się później).
Spotykam się ponownie z Ragnarem, tak nazywa się ów Kanadyjczyk, i z jego znajomym Benem.
Tak zaczyna się moja przygoda ze Społecznością Chrześcijańską we Wrocławiu.

Pierwsze kazanie jest swego rodzaju odpowiedzią Pana na wszystko co miałem w sobie. Że tak sobie zażartuje – grom z jasnego nieba.
Przychodzę pierwszy raz na nabożeństwo gdy pastor Brandon (gość z Ameryki) omawia wstęp do psalmu 40, pierwsze wersety :

Tęsknie oczekiwałem Pana: Skłonił się ku mnie i wysłuchał wołania mojego. 3Wyciągnął mnie z dołu zagłady, Z błota grząskiego. Postawił na skale nogi moje. Umocnił kroki moje. 4Włożył w usta moje pieśń nową, Pieśń pochwalną dla Boga naszego.

Od tego momentu nie miałem w sobie ani trochę wątpliwości że jestem w dobrym miejscu.
Bóg zaczął swoje dzieło w moim życiu. Zaczął naprawiać mnie krok po kroku. Rozpalił we mnie miłość i pokazał co prawdziwie znaczy żyć, jak czuje się to że jest się żywym. Zabrał ode mnie uzależnienia, zabrał złe nawyki. Oczyścił mnie i zobaczyłem jak bardzo zwodzony byłem wszystkim tym co nie wydawało mi się nigdy takie złe. Pokazał mi ludzi miedzy którymi wzrastam. Pokazał mi siebie.
Od tego momentu doświadczam rzeczy o których nigdy bym nawet nie śnił. Na wyjeździe do Wisły który był jakiś czas temu, Pan Bóg dotknął mojego serca. Duchowo jak i fizycznie. Stanął obok aby oczyścić we mnie to co skrywało się gdzieś głęboko. A uczucie radości i niezmierzonego szczęścia jakie miałem w sobie pokazało mi czego tak naprawdę brakowało w mojej wizji Boga którą usilnie kreowałem przez lata – brakowało tam słowa „ŻYWY” .
W krótkim czasie pokazał mi jak wiele rzeczy omijałem. Jak wiele nie rozumiałem. Jak wiele mnie ominęło bo kierowałem się po ludzku, grzesznie.
Naucza, prowadzi i wspiera. Smaga, napomina i ugniata mnie. Wiem że mogę wszystko w tym który mnie umacnia. Więc trwam i podążam za Jezusem, moim Mesjaszem.
Więc żyję!